Pokoleniowe powinności

Każde kolejne pokolenie powinno zrobić coś dla świata. Czasami coś wielkiego, czasami coś mniejszego. Są pokolenia, które wyzwalają swoje kraje i takie, które je odbudowują. Są generacje, które wywracają wszystko do góry nogami i takie, które mozolnie przywracają ład.
 
Są pokoleniowe doświadczenia, które stygmatyzują i wspólne pokoleniowe przeżycia, które stają się kluczem do wzajemnej komunikacji, hasłem otwierającym drzwi, metodą społecznej identyfikacji.
 
Są wydarzenia, które dzieją się na tyle rzadko, że tylko pojedyncze pokolenia mogą się pod nimi podpisać, ale wiele może z ich osiągnięć korzystać. Są też sprawy, za które każde kolejne pokolenie powinno wziąć odpowiedzialność, chociaż nie zawsze chce. Drobne sprawy, tematy nieistotne dla losów ludzkości, marginalia interesujące tylko dziwaków. Tradycje kultywowane tylko siłą rozpędu albo niemocą biurokratycznej inercji. Także sprawy wielkie, ale z coraz większym trudem opierające się naciskowi nowych zjawisk. Z olimpiady znikają zapasy, a pojawia się na nich snowboard. Filharmonie w popłochu rozdają bezpłatne wejściówki na koncerty, które jeszcze niedawno wyprzedane byłby z rocznym wyprzedzeniem. Ciągnące się w nieskończoność sklepowe regały z płytami, zastępują stoiska z kubkami. Na liście bestsellerów najwyższe pozycje okupują książki kulinarne. Do rangi bohaterstwa urasta przyznanie się do swoich oryginalnych estetycznych preferencji.
 
To nie narzekanie, a jedynie opis stanu zastanego. Nic nowego w historii ludzkości. Takie rzeczy się zdarzają. Niektóre społeczności wymrą bezpowrotnie i bez straty dla ogółu. Inne będę pałętać się w swoich niszach, czekając na lepsze czasy. W wyniku kulturowych mutacji powstaną nowe, lepiej przystosowane do swoich czasów i okazjonalnie przywiązane do tradycyjnych wartości.
 
Pokolenia działają instynktownie. Jeśli przekroczona zostaje masa krytyczna, są uczestnikami i sprawcami przełomów, ale ich świadomie nie wymyślają. Zyskują sławę, gdy muszą o coś walczyć. Margines dla racjonalnych działań pokoleniowych jest bardzo ograniczony, ale jednak jest. Jednym z tych częściowo racjonalnych obszarów jest dzisiaj kultura. Nie możemy oczywiście jej kształtować, jest zbyt potężna i niezależna, choćby dlatego, że musi się bronić przed skierowanymi przeciw niej atakami. Możemy za to dbać, by elementy kultury, które uważamy za cenne i zagrożone, przekazywać następnym pokoleniom. Dotyczy to kultury materialnej, różnych przejawów kultury umysłowej i duchowej, ale od pewnego czasu również jej aspektu performatywnego.
 
Od chwili, gdy możliwe jest rejestrowanie dźwięku i obrazu, wykonanie utworu muzycznego stało się elementem kultury, który możemy ochronić przed przemijaniem i nie jesteśmy już w tym zakresie zdani wyłącznie na tradycję ustną albo relacje z drugiej ręki.
 
Chroniąc i przekazując dalej wykonanie przekazujemy jednocześnie przedmiot tego wykonania, w tym różne interpretacje tego samego utworu. Przekazujemy w ten sposób ideę kanonu, czegoś, do czego należy nieustanie powracać, nadając mu nową postać, ale nie w próżni, a w odniesieniu do formy, jaką nadawali mu inni.
 
To nie wszystko, przekazujemy też unikaty, jedyne istniejące rejestracje utworów, które w kanonie się dotąd nie znalazły. W ten sposób chronimy i przekazujemy ciekawość świata, odwagę do sięgania po muzykę nieznaną, zachętę do podążania nie za głosem większości, ale za swoim głosem wewnętrznym.
 
Archiwa pokoleniowej pamięci trzeba wciąż wypełniać. Kiedyś wydawało mi się, że trzeba dokonywać selekcji. Za dużo jest nagrań, za dużo płyt, za dużo rzeczy słabych. To myślenie doraźne, nastawione na dzisiaj, nie na jutro. Co z naszego dorobku okaże się interesujące dla następnych pokoleń, nie wiemy i nie potrafimy odgadnąć. Możemy sobie czegoś życzyć, próbować coś schować, a coś innego za wszelką cenę promować, ale to nie zda się na nic, bo swoimi wyborami przyszłe pokolenia mogą nas zaskoczyć, tak jak kilkadziesiąt lat temu my zaskakiwaliśmy nowym Bachem, Mozartem, Biberem i Hildegradą z Bingen.
 
Jeśli chcemy przekazać kanon, musimy zadbać, by kolejni muzycy grali u nas te same utwory, nawet wbrew krytyce publiczności (znowu to samo?). Chcemy przekazać ciekawość świata, zaufanie do swoich intuicji, musimy prezentować muzyków nieznanych (chociaż większość chce gwiazd) i muzykę, o której nikt nigdy nie słyszał (a dlaczego nie Bach?).
 
My w Paradyżu zrobimy tak, a gdzieś indziej, ktoś inny dokładnie na odwrót, czyli tak jako powinno być w żywej kulturze. Jej zarejestrowany obraz będzie bardziej wiarygodny, a prawdopodobieństwo, że przemówi do naszych potomków większe.
 
Pokolenia mogą łudzić się, że robią coś dla siebie, w rzeczywistości pracują wyłącznie dla przyszłych pokoleń. Nie znaczy to oczywiście, że ta praca nie ma sprawiać nam przyjemności. Wręcz przeciwnie, jeśli robimy coś dla innych, to chociaż nie umartwiajmy się za bardzo.
 
Cezary Zych